5,5 tys. km na kanapie motocykla, przygody i spotkani ludzie – to była wyprawa na Krym, o której marzyłem od lat. W tym roku w końcu udało mi się zrealizować te plany i przekroczyć wschodnią granicę. Przed wyjazdem obawiałem się, że stereotypy o Ukraińcach, którzy rzekomo nie lubią Polaków, mogą się sprawdzić. Jednak szybko okazało się, że to tylko mit. Na każdym kroku spotykałem się z serdecznością i otwartością, a pomoc, jaką okazali mi ukraińscy motocykliści w trudnych chwilach, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Poniżej znajdziesz mapy z trasą mojej podróży.


Pierwszego dnia przekraczam granicę i docieram do Lwowa. Jeśli nigdy wcześniej nie przekraczałeś granicy polsko-ukraińskiej, procedura może wydać się nieco skomplikowana. Po polskiej stronie czeka kontrola paszportowa, a następnie celna. Po stronie ukraińskiej, przy pierwszym szlabanie, otrzymujesz od funkcjonariusza kartkę, na której zapisany jest numer rejestracyjny pojazdu oraz liczba podróżujących. Potem przechodzisz kolejno przez kontrolę paszportową i celną, a każdy z funkcjonariuszy stempluje otrzymaną kartkę. Przy ostatnim szlabanie oddajesz ją z powrotem. Przy powrocie do Polski warto przygotować się na dokładną kontrolę bagażu w poszukiwaniu kontrabandy.
Do Lwowa docieram już po zmroku i zatrzymuję się w hostelu Old City. Polecam to miejsce – ma świetną lokalizację, a ceny noclegów nie są wygórowane.
Lwów to piękne miasto, a lwowianie to bardzo mili i kulturalni ludzie. Lwów wyglądem przypomina czeską Pragę, natomiast klimatem Kraków.”






Opuszczam Lwów i kieruję się na południowy zachód w stronę Zakarpacia. Niestety deszcz i gęste chmury uniemożliwiają mi wjazd w góry, a chłód i wilgoć skutecznie odbierają ochotę do fotografowania. Nocuję w Mukachewie, a następnie ruszam przez Huculszczyznę w kierunku Kołomyji. Po dwóch dniach deszczu pogoda w końcu się poprawia, a ja, po zabawnym dialogu z mołdawskim strażnikiem:
- Giwera u ciebie jest?
- Niet.
- A meczeta jest?
- Niet.
- A bejsbol jest?
- Niet.
- To z czym ty do Mołdowy jedziesz? 🙂
przekraczam granicę ukraińsko-mołdawską.
Przy wjeździe do Mołdawii należy uiścić opłatę ekologiczną w punkcie bankowym, a następnie okazać celnikowi dowód wpłaty.
Przez Mołdawię podróżuje się przyjemnie, choć dość monotonnie. Kraj ten to niewielkie pagórki, drogi w całkiem niezłym stanie – może dlatego, że ruch na nich jest naprawdę niewielki


Znajduję nocleg w pobliżu Kiszyniowa, a następnie ruszam na wschód, kierując się w stronę granicy z Naddniestrzem. Do Naddniestrza jednak nie wjeżdżam, zamiast tego jadę wzdłuż granicy, zmierzając ku Odessie.
Odessa, nazywana perłą Morza Czarnego, to miasto o niezwykłej architekturze i niepowtarzalnym klimacie. Ceny w Odessie są wręcz absurdalnie niskie… ale tylko jeśli ma się ogromne poczucie humoru. Po ulicach jeżdżą luksusowe samochody, a przed sklepem z biżuterią można spotkać kota, który dumnie prezentuje diamentową kolię.






Poniżej schody potiomkinowskie. Najsłynniejsze schody w historii kinematografii.. Nie robią wrażenia?…

… to zejdź w dół i spójrz za siebie.

W Odessie poznaje Chrisa, podróżnika z Anglii który opowiada mi o świetnej offrodowej drodze wzdłuż zachodniego klifowego wybrzeża Krymu, wjazd na nią ma się znajdować w okolicach opuszczonej bazy wojskowej w Czarnomorsku. Postanawiam odnaleźć tą drogę. Opuszczam Odessę i kieruje się na wschód, po kilku godzinach jazdy jestem w końcu na Krymie. Pierwszy raz patrzę na krymskie stepy. Przestrzeń robi niesamowite wrażenie.

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,” Adam Mickiewicz – Stepy Akermańskie
Wracam na asfalt, na horyzoncie widzę dwa motocykle, odkręcam manetkę, dodaje gazu i doganiam motocyklistów. Uśmiecham się, na widok polskich rejestracji i daje ręką chłopakom znak, by zjechali na pobocze. Motocykliści to Tomek i Jacek z Krakowa. Tak jak ja, mają w planach objechać Krym dookoła. Mówię im o drodze o której wspominał Chris i namawiam by jechali ze mną. Chłopaki się zgadzają i następne dwa dni podróżujemy razem.

Wieczorem rozbijamy namioty na nieczynnej plaży i jemy kolację z puszki.

Rano robimy pamiątkowe zdjęcie i jedziemy w kierunku Czernomorska.




Odnajdujemy opuszczoną bazę wojskową…

…oraz drogę o której opowiadał Kris.

Jedziemy w kierunku wybrzeża.



Jedziemy w kierunku wybrzeża.Spokojne zatoczki, zmieniają się w klify.







Docieramy do północno-zachodniego cypla Krymu. Tu się rozdzielamy, chłopaki jadą w kierunku Eupatorii, ja na południowy-wschód w poszukiwaniu stacji benzynowej. Tankuje i jadę drogą T0108 śladem Krakowiaków. Mijam jezioro Donzulaw i czuje nieodpartą chęć skręcenia w bok (offrodowcy znają te uczucie:) ).

Mijam jakieś ruiny i po kilku kilometrach trafiam do dziwnego miejsca, miasta-blokowiska pośrodku stepów.

Jest późne popołudnie, nie mam ochoty na postój tutaj, jadę w kierunku Eupatorii i znajduje nocleg w jakiejś nadmorskiej miejscowości.
Następnego dnia pojawiają się problemy, czuję stukniecie pod manetka gazu, zjeżdżam na pobocze i rozbieram manetkę. Okazuje się że pękła jedna z linek przepustnicy. Mogę jechać dalej ale mam luz na manetce.

Kieruje się na tatarskie miasto Bakczysaraj.

W Bakczysaraju zwiedzam piękny muzułmański kompleks pałacowy, jeden z trzech zachowanych w Europie.



„Jeszcze wielka, już pusta Girajów dziedzina.
Zmiatane czołem baszów ganki i przedsienia,
Sofy, trony potęgi, miłości schronienia,
Przeskakuje sarańcza, obwija gadzina.”
Adam Mickiewicz – Bakczysaraj


Jadę przez Bakczysaraj do monastyru wykutego w skale.

Pod monastyrem zostawiam motocykl i wspinam się pieszo drogą prowadzącą nad przepaść Czufut-Kale

Poniżej skalne miasto Czufut-Kale:








Przepaść Czufut-Kale, krajobrazy które kusiły Mickiewicza.


” Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:
Tu jeździec końskim nogom swój rozum powierza.
Dzielny koń! Patrz, jak staje, głąb okiem rozmierza,
Uklęka, brzeg wiszaru kopytem pochwyca”
Adam Mickiewicz – Droga nad przepaścią Czufut-Kale
Opuszczam Bakczysaraj i jadę malownicza drogą wzdłórz południowego wybrzeża.

Na nocleg zatrzymuje się w Jałcie, najbardziej znanym kurorcie Krymu.




Dalej offroadowo w kierunku Sudaku



Po nocy spędzonej w Teodozji jadę na północny zachód odnaleźć opuszczona krymską elektrownie atomową „Ściółkino”. Po drodze zatrzymuje mnie policja… podobno wyprzedzałem na zakazie. Oficjalny mandat 540 Hrywien… ale nie bądźmy tacy oficjalni

Na Ukrainie miałem kilka przygód z policją, ten kraj ma chyba najlepiej rozwiniętą policję drogową na świecie. Wszystkie przygody z policją zakończyły się bez większych problemów. Jeśli zatrzyma cię policja na Ukrainie nie wychodź z inicjatywą łapówki, proś żeby cię puścili. Policjant sam zasugeruje polubowne załatwienie problemu, oczywiście należy się targować, zwyczajowo będzie to 10-20% kwoty mandatu.


Okolice elektrowni mają postapokaliptyczny klimat. Drogi prowadzące do niej nie są użytkowane i niszczeją, jeśli jedziesz motocyklem zachowaj dużą ostrożność. Ogromne dziury nie są rzadkością, a awaria lub wypadek w takim miejscu byłby dużym problemem.

Opuszczam elektrownie atomową i jadę na Mierzeje Arabacką.
Mierzeja Arabacka to suchy pas lądu o szerokości od 27 metrów do 7 km i długości 112km odzielający Siwasz od morza Azowskiego. Wielu motocyklistów udających się na Krym za punkt honoru obiera przejazd mierzeją. Tak naprawdę nie jest to duży wyczyn, to po prostu pół dnia jazdy przez pustkowie, po szutrze pokrytym tarką głęboką na kilkanaście centymetrów, nie polecam.

DOBRY CZŁOWIEK TRAFIA NA DOBRYCH LUDZI
Opuszczam Krym i jadę w kierunku Polski, po drodze nocuję w Nowej Kakhuvce i Umanie. Po Umanie następnym przystankiem ma być Lwów. Gdy przejeżdżam przez Khmelnytskyi czuje szarpnięcie i motocykl traci moc. Odruchowo wciskam sprzęgło i zjeżdżam na pobocze. Urwała się druga linka przepustnicy. Bez wymiany linki nie mogę jechać dalej, a na oryginalną linkę czekał bym dwa tygodnie. Jest niedziela i sytuacja staje się nieciekawa. Na szczęście po kilkudziesięciu minutach widzę na drodze sportowa hondę i daje ręką znak, że potrzebuje pomocy. Na motocyklu podjechał do mnie Juri ze swoją piękną dziewczyną Leną. Pokazuje Juremu co się stało a Lena znika gdzieś na chwilę. Juri mówi żebym się nie martwił i dzwoni do kolegów. Po chwili wraca Lena z kubkiem gorącej herbaty dla mnie. Po kilkunastu minutach zjeżdżają się motocykliści z różnymi linkami, po chwili przyjeżdża swoim busem Sasza, motocyklista, który mówi po polsku. Gdy ma się problemy, to bardzo podnosi na duchu kiedy można porozmawiać z kimś w ojczystym języku. Ładujemy mojego XTeka na busa Saszy i w asyście motocyklistów jedziemy do ich znajomego mechanika. Niestety żadna z przywiezionych linek nie pasuje do mojego XTeka, ale dla ukraińskiego mechanika-magika to nie problem. Za pomocą dentystycznych wiertarek rozbiera nierozbieralne linki i wkłada je w oryginalny pancerz. Nie wiem czy ktoś w Polsce wykonał by taką robotę. Gdy pytam się ile jestem winny, słyszę tylko: „Ja na motocykliście turyście zarabiać nie będę”

Sasza i ukraiński mechanik magik.
Jest już późno, decyduje sie, że zostanę na noc w Khmelnytskyi. Ukraińscy koledzy znajdują mi niedrogi, dobry hotel blisko centrum miasta. Wieczorem zapraszają na kawę. Nie wiem jak mam dziękować za to, jak bardzo mi w tym dniu pomogli ukraińscy motocykliści.

Rano pod hotel przyjeżdża Sasza swoim wypieszczonym jak laleczka Transalpem i mówi, że odprowadzi mnie na drogę do Lwowa. Wyjeżdżamy za miasto i zatrzymujemy się na stacji benzynowej, tu musimy się pożegnać. Na moje podziękowania Sasza uśmiecha się i odpowiada:
„Dobry człowiek trafia na swojej drodze na dobrych ludzi”
Dalej to już tylko Lwów i polska granica.


